Jerzego Bukowskiego poznałem na długo przed pojawieniem się „MM Magazynu Przemysłowego". Pracował w jednym z przedsiębiorstw wydawniczych, wcześniej zaliczył też krótki epizod w telewizji. Jako człowiek dynamiczny i pełen inicjatywy czuł się nienajlepiej, wtłoczony w ciasne ramy socjalistycznych instytucji. Kiedy więc tylko na początku lat 80. zaistniały formalne możliwości podjęcia działalności wydawniczej w „sektorze prywatnym", Bukowski natychmiast z tej ledwo uchylonej furtki skorzystał. W ten sposób powstała pierwsza w ówczesnej Polsce prywatna agencja reklamowa Polmarket w Katowicach, późniejszy współwydawca „MM".
Również rozpoczęcie polskiej edycji zagranicznego czasopisma, choć nastąpiło kilka lat później, już w nowych warunkach ustrojowych, było przedsięwzięciem pionierskim.


Pierwsze lata


Pierwszy numer „MM Magazynu Przemysłowego" wyszedł z druku w październiku 1993 roku. Już wtedy swoją barwną szatą graficzną wyróżniał się wśród krajowych periodyków. Zawdzięczać to należy ulokowaniu druku za granicą, we włoskiej drukarni Savioprint. Krajowa poligrafia, zapóźniona w rozwoju technicznym podobnie jak wiele innych ówczesnych gałęzi przemysłu i usług, nie była w stanie zapewnić wydawcom odpowiedniej jakości druku i dotrzymać terminu. Mimo niewątpliwych korzyści, kłopotów logistycznych z tą zagraniczną kooperacją było co niemiara. Urząd Celny nieraz zatrzymywał dostawę nakładu na granicy, trzeba było interwencji i wyjazdów do Cieszyna, by wyjaśnić, że tego rodzaju przesyłka nie podlega ocleniu. Podobnie było zresztą na granicy polsko-niemieckiej, którędy przechodziły klisze ze zdjęciami z zagranicznych czasopism Vogla, do artykułów publikowanych w „Magazynie". Były to wielkie arkusze negatywów, które nie wiadomo czemu wzbudzały nieufność celników. Chociaż panowały już nowe, europejskie porządki, to jednak pozostałości żelaznej kurtyny jeszcze dawały o sobie znać. Sprawa nie była błaha. Przetrzymywanie na granicy materiałów groziło opóźnieniem wydania numeru. Toteż zdarzało się, że aby tego uniknąć, klisze były po prostu szmuglowane w bagażniku służbowego samochodu.
Kontakty z naszym wydawcą nie ograniczały się tylko do Niemiec; spotykaliśmy się także na terenie Austrii i Czech. Prezentacja pierwszego numeru miała miejsce w Wiedniu, gdzie mieściła się ekspozytura Vogel Verlag na Europę Wschodnią. Pojechaliśmy tam ekipą tak liczną, na jaką pozwalała pojemność samochodu. Przyjęto nas nader gościnnie, ale następne spotkanie odbyło się już w Brnie, dlatego - jak tłumaczono - żeby skrócić nam uciążliwą podróż. Po obiedzie, jego fundator, szef wiedeńskiego biura Vogla, Heinrich Nikoll, nie krył zadowolenia, oglądając rachunek. Wyznał, że to, co zapłacił, w Austrii nie wystarczyłoby nawet na strudla w podrzędnej kafejce. Niesamowite były wówczas relacje cen. Te spotkania skończyły się jednak już po kilku numerach, kiedy wydawca przekonał się, ze można nam zaufać i poniechał prewencyjnych konsultacji. Trzeba przyznać, że w toku dalszej współpracy Vogel nigdy nie ingerował w treść ‘'Magazynu" i przy każdej okazji wyrażał się pochlebnie o jego poziomie.
Nasze rozmowy i korespondencja z wydawcą były prowadzone w języku angielskim, ponieważ nie mieliśmy wówczas w zespole nikogo, kto znałby biegle niemiecki. Z angielskim też zresztą bywało różnie, co niekiedy było źródłem zabawnych sytuacji. Pamiętam, jak raz szef zwołał wszystkich, by z ledwo skrywanym poczuciem dumy przedstawić treść listu, jaki nadszedł z Würzburga. Były to same pochwały i gratulacje. Później miałem możność bezpośrednio i na spokojnie zapoznać się z tekstem. Okazało się, że po tej laudacji autor pisma przeszedł do meritum i w końcowym zdaniu, jakby mimochodem, zwraca nam uwagę, że niekoniecznie trzeba na stronie w całości czarno-białej wyróżniać kilka słów kolorem, bo to niepotrzebnie podraża koszty druku. Pismo przypominało mi noty dyplomatyczne, z którymi się zetknąłem na praktyce w MSZ podczas studiów. Noty te brzmiały mniej więcej tak: „Ambasada taka i taka przesyła wyrazy szacunku oraz głębokiego poważania i prosi o poparcie swoich starań o zakup gwoździ niezbędnych do remontu ogrodzenia." Praca w „MM" uczyła political correctness, a także otwierała przed zespołem redakcyjnym okno na świat. Zawdzięczać to należy głównie redaktorowi Bukowskiemu i jego zamiłowaniu do podróży. Należał on do tych ludzi, o których się mówi, że jak mają sprawę do premiera, to po prostu do niego dzwonią. To tłumaczy częsty udział naszego naczelnego w świcie składającej się z biznesmenów i dziennikarzy towarzyszącej oficjalnym wizytom prezydenta RP i kolejnych premierów w różnych państwach (zwłaszcza egzotycznych), w takich jak Chiny, Indie, Kazachstan, Australia, także Grecja. Z opracowaniem materiałów z tych podróży zawsze było sporo zachodu. Do moich obowiązków należało napisanie artykułu na temat gospodarki danego kraju i naszej z nim współpracy. Chwaliłem sobie to zajęcie, bowiem było kształcące i zgodne z moimi wcześniejszymi zainteresowaniami i wykształceniem. Gorzej było z wywiadami przywiezionymi przez Bukowskiego z podróży. Cenił on wysoko tę formę dziennikarską i nie przepuszczał nikomu, kto mu się nawinął pod dyktafon. Był to człowiek kontaktowy, wywiady prowadził w formie swobodnej, pełnej dygresji rozmowy i jednocześnie żądał, by w druku nie pominąć żadnego, nawet ubocznego wątku. Było to trudne do zrealizowania, jeśli wywiad miał się zmieścić na sensownej określonej powierzchni. Stąd między nami dochodziło często do kontrowersji. Kiedy więc raz pan Jerzy przywiózł z Chin 8 kaset z nagraniami, a ja, nie widząc innego wyjścia, opracowałem teksty w formie łącznej relacji z przeprowadzonych rozmów - o mało nie skończyło się to moją rezygnacją z pracy. Ostatecznie doszło do pewnego kompromisu, ale i tak oddzielne streszczenia 18 wywiadów prawie z całą prezydencką świtą zajęły 9 stron druku.


Z wizytą w Moskwie


Kopalnią wiadomości o polskim handlu zagranicznym okazały się ambasady. Redakcja utrzymywała kontakt z wieloma radcami handlowymi, którzy chętnie dostarczali nam informacji, bądź poprzez wywiady, bądź udostępniając posiadane materiały. W tej pożytecznej kampanii brałem bezpośredni udział. Szczególnie zapisał się w mojej pamięci wyjazd do Moskwy w 1997 roku do tamtejszego Biura Radcy Handlowego.
To ciekawe, że w redakcji dwumiesięcznika panował ciągły pośpiech, napięcie, a na dzień przed zamknięciem numeru wręcz atmosfera jak w kinie akcji. Również w tym przypadku nie było inaczej. Naczelny zawiadomił mnie o wyjeździe na dwa dni przed terminem. Nie zważając na moje zaskoczenie, informuje tonem nie znoszącym sprzeciwu: - Hotel zarezerwowany, czekają na pana w BRH, bilet do odbioru jutro w Elektrimie (w programie była też wizyta w przedstawicielstwie tej firmy w Moskwie). Mówię: Mój paszport stracił ważność tydzień temu. - To nic takiego - uspokaja mnie - załatwimy. I rzeczywiście. Po dwóch dniach już siedziałem w pociągu. W Brześciu podaję pogranicznikowi mój nowy paszport, a ten pyta: A prigłaszenije? Mnie na chwilę zamurowało. Wiedziałem, że dopiero co zniesiono wizy, a o żadnych zaproszeniach nie słyszałem. To koniec, fiasko i kompromitacja! Nagle coś we mnie wstąpiło. Nigdy nie grzeszyłem nadmiarem pewności siebie ani nie błyszczałem szybkością riposty, a w tym krytycznym momencie wypaliłem:
- Mnie nie nużno, ja żurnalist! (ja nie potrzebuję, jestem dziennikarzem!). Pogranicznik spojrzał na mnie badawczo, chwilę się zastanowił: - Żurnalist? Izwinitie - powiedział i jeszcze pożałujsta dorzucił.
Moskiewskie BRH zajmuje oddzielny, okazały budynek na terenie ambasady i zatrudnia sporą grupę pracowników. Wtedy wielkość tej placówki pozostawała w rażącym dysonansie wobec katastrofalnej zapaści polsko-rosyjskich obrotów handlowych. Stanowiły one wówczas 6 proc. całości naszego handlu zagranicznego - przed 1990 rokiem ponad 30 proc. Minister Zbigniew Kwiczak, szef BRH, dwoił się i troił, aby odbudować dobre stosunki gospodarcze z Federacją Rosyjską.
Tymczasem z kraju płynęły protesty przeciw budowie gazociągu jamalskiego, aktualna też była sprawa projektu rzekomego „korytarza" przez terytorium Polski do Królewca (przyrównywano go do hitlerowskich planów najazdu na Polskę w 1939 roku). Jeśli jeszcze do tego dodamy późniejsze próby wyznaczania Gazpromowi przez naszych polityków trasy przebiegu drugiej nitki gazociągu przez Ukrainę (z pominięciem Białorusi), to nie dziwmy się, że Rosjanie teraz budują Nord Stream poprzez Bałtyk, o co mamy zresztą znów do nich pretensje. Minister oburzony tą antyrosyjską kampanią dementował też i inne nagłaśniane w naszym kraju, mocno jego zdaniem przesadzone zagrożenia dla polskich przedsiębiorców w Rosji, takie jak znikające TIR-y, haracze, brak bezpieczeństwa na szosach i ulicach miast. Tutaj podparłem mojego rozmówcę własnym doświadczeniem. Opowiedziałem, jak to poprzedniego wieczora koło północy przemierzałem samotnie, pieszo i metrem duży fragment Moskwy i bez przeszkód dotarłem do hotelu. A widzi pan - powiedział radca, trochę jednak zaniepokojony. I dodał: Tym niemniej na przyszłość odradzałbym takie nocne eskapady.

Transformacja


Tematyka polskiej współpracy gospodarczej z zagranicą często gościła na łamach pisma również za sprawą targów międzynarodowych, którym „Magazyn" nieraz patronował, czy też dzięki znakomitym tekstom Pawła Wieczorka, zbliżającym czytelnikom różne aspekty funkcjonowania Unii Europejskiej. Głównym jednak kierunkiem zainteresowania redakcji pozostawał zawsze polski przemysł.
Kiedy „MM" rozpoczynał działalność, polska gospodarka znajdowała się w najbardziej burzliwym stadium transformacji ustrojowej. Na naszej ziemi odradzał się kapitalizm. Odwiedzając liczne przedsiębiorstwa, miałem wyjątkową okazję obserwować ten dziejowy proces in statu nascendi.
Oto jedna z potężnych niegdyś wielkich firm, produkująca maszyny górnicze. Pytam się prezesa, co firma robi na rzecz społeczności lokalnej. Prezes patrzy na mnie, jakbym był niedzisiejszy (co poniekąd się zgadzało) i oświadcza: Natychmiast straciłbym stanowisko, gdybym marnotrawił środki na jakieś cele społeczne. Mamy, redaktorze, gospodarkę rynkową.
Inaczej na te sprawy patrzono w firmach reprezentujących dojrzały kapitalizm. Światowy koncern naftowy BP, gdy zadomowił się w Polsce, budowę swojego wizerunku oparł na udziale we wszystkich chyba akcjach humanitarnych i ekologicznych, jakie podejmowano wtedy w kraju. Przez wiele lat bliskiej współpracy z polskim BP miałem niejednokrotnie okazję popularyzować jego aktywność na tym polu. Być może „MM" wniósł w ten sposób swój skromny wkład w ucywilizowanie rodzimego, raczkującego wówczas kapitalizmu.
BP był pierwszą zagraniczną firmą, z jaką zetknąłem się podczas swojej dziennikarskiej pracy. Utrwaliła się w mojej pamięci rozmowa z jej ówczesnym prezesem, Krzysztofem Zielickim, angielskim menedżerem o polskich korzeniach. W tym czasie głośno rozprawiano o możliwości prywatyzacji Petrochemii Płock. Prezes, w lekkiej tylko niezgodzie z polską gramatyką, oświadczył: Ja bym to kupiłem, jakby to było do sprzedania. Poczułem wtedy ten potencjał. Mówił o największym w Polsce kombinacie, jakby to był kiosk warzywny. Pomimo tych zakusów kombinat, obecnie PKN Orlen SA, do dziś nie został sprywatyzowany.
Zmiany następowały również w sferze językowej, co należało uwzględnić, redagując pismo. Izolacja Polski od zdobyczy światowej technologii spowodowała, że na określenie wielu nowych urządzeń i procesów brakowało polskich odpowiedników. Pytałem się inż. Andrzeja Mikuckiego, naszego konsultanta technicznego i tłumacza, jak sobie radzi z tym problemem. Odpowiedział mi, że gdy bezskuteczne przewertuje wszystkie słowniki specjalistyczne i wyczerpie dostępne możliwości konsultacji, wówczas ...sam wymyśla odpowiednie terminy. W ten sposób już w pierwszym numerze polskie słownictwo techniczne wzbogaciło się o nazwę „silnik reluktancyjny" na określenie nowego rodzaju napędu elektrycznego. Pan Andrzej cieszył się w zespole szczególnym autorytetem. W swej karierze zawodowej „zaliczył" wiele stanowisk, kierował dużymi zakładami przemysłowymi, uczestniczył w handlowych negocjacjach z zagranicznymi kontrahentami. Imponował znajomością chyba wszystkich branż przemysłowych i dziedzin techniki. Dokonywał dla „MM" przekładów z niemieckojęzycznych czasopism Vogla, ale w razie potrzeby tłumaczył też teksty z innych języków. Jest jednocześnie purystą, jeśli chodzi o język polski, dlatego jego przekłady zawsze są jasne i przejrzyste, zrozumiałe nawet dla technicznego laika.
We współczesnej polszczyźnie raził mnie, zwłaszcza na początku, zalew angielszczyzny, widoczny zresztą nie tyko w tekstach technicznych i informatycznych. Kiedy więc trafiałem na słowo consulting, to próbowałem go zmienić na polską konsultację. Kiedy się jednak przekonałem, że to nie całkiem to samo, podobnie jak controlling i kontrolowanie, zacząłem wprowadzać spolszczenia: konsulting, kontroling. Widzę, że taka pisownia jest coraz częściej stosowana; czyżby to był wkład „MM" w rozwój polskiego języka? Natomiast nikomu nie udało się, jak dotąd, zastąpić terminu outsourcing polskim odpowiednikiem, choć słowo to coraz częściej pojawia się w publikacjach, dzięki powszechnemu już wprowadzaniu tego systemu zarządzania. Samo „zarządzanie" też zrobiło karierę. Zarządza się już nie tylko przedsiębiorstwem (lepiej powiedzieć firmą), ale także istnieje zarządzanie ryzykiem, produktem lub zasobami pracy (broń Boże załogą lub kadrami). Kończąc studia z zarządzania niekoniecznie też zostaniesz zaraz menedżerem (dawnym dyrektorem) - ciesz się, gdy zaczniesz karierę od parzenia kawy czy zarządzania biurowym kserografem. Nie jest trendy używać skrótu BHP, bo na milę pachnie starym reżimem, ale nikt nie wymyślił innego określenia, lepiej więc omijać ten temat w publicystyce.
Wszystko to były rzeczy, o których, chcąc być trendy, musiał pamiętać sekretarz redakcji, zwłaszcza w początkowym stadium transformacji.

Cały tekst artykułu w numerze 6-7/2010 MM